Pokazywanie postów oznaczonych etykietą label showcase. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą label showcase. Pokaż wszystkie posty

5 października 2008

WINYLOWA KUCHNIA WUJKA BRODY - LABEL SHOWCASE IV

To ostatnia odsłona cyklu label showcase - co dobre musi się kończyć. Dlatego mam dla was dzisiaj trochę fajerwerków na zwieńczenie tego skromnego serialu.

Zaczynamy od Boxer Recordings z Kolonii - to renomowana wytwórnia, której szeregi zasilają takie tuzy jak Frank Martiniq, Delon & Delcan czy Dusty Kid. Jej brzmienie jest zazwyczaj przebojowe i dorobiło się określenia electro-techno. Nie przebierając w środkach, artyści z Boxer Rec. biją na głowę (też za sprawą prekursorstwa) wszelkie wykwity post-nu-rave'owe i neo-electro. Proste środki i solidna produkcja i precyzja uderzenia godna Muhammada Alego to znaki rozpoznawcze obozu bokserów. Posłuchajcie choćby gitarowo-syntezatorowego "Manhattan" The Shock, jazgoczącego i zaczepnego "Boost" Franka Martinique, czy przebojowego, electrowego "Drug Queen" Duoteque. Bardziej techniczne i stonowane oblicze Boxera (jest takie...) reprezentuje Zentex, tu z utworem "Kayra" w remiksie Alexa Under.

Italo Business to włoski net-label (choć wypuszcza też winyle), który wydaje techno o niewielkiej puli cech wspólnych z italo-disco, ale dla niektórych równie drażniące lub nęcące. Ocierające się o tandetę i prymitywizm techno z Italo Business, z durnymi melodiami, kwasami a la Crookers, lub fidgetowymi akcentami broni jednak niesamowita moc rażenia i siła przebicia. Przy pędzącym "Clacson" Dama, wykręconym "Tribute to Sconvoltz" czy bardziej house'owym "Double Interference" nie sposób usiedzieć. Na odtrutkę proponuję bardziej deepowy, stonowany "Deeply" Cardo.

Trenton to najbardziej melodyczny label z dzisiejszego zestawienia. Stawia na mocno techniczny podkład, ale pojawiają się różne dźwięki, które układają się w pulsujące tkanki melodii, jak choćby w przypadku "Lunar Jazzphysics" Theodora Zox, czy w bardzo tanecznym i wibrującym "Macho Lato" - jednej z najlepszych polskich produkcji ostatnich lat, nad którą oprócz naszych rodaków z 3 Channels pracowali Reynold (szef Trentona) i Jeff Samuel (który to wszystko zremiksował pod zabawnym tytułem "Jeff Samuel Will Work For Sex Remix"). Trenton jest też godny polecenia fanom klimatów deep - "Deeds" autorstwa Tilla von Sein (w remiksie Johna Tejady) jak i "Poison In My Mind" Reynolda to bardzo solidne kawałki w tym gatunku.

Na pożegnanie zostawiłem jedną z najciekawszych i najlepszych wytwórni ostatnich lat - Trapez, który jest sublabelem Traum Schallplatten. Pojemny katalog, świetna selekcja i wysoki poziom kolejnych wydawnictw sprawia, że Trapez jest jednym z tych labeli, które przynajmniej do niedawna kupowało się w ciemno. Oryginalnie utwory spod tego szyldu pomyślane były jako dj tools, więc mamy tu do czynienia z nieobrobionymi perełkami, które wymagają dobrego dja potrafiącego wydobyć ich blask. Na pewno takim utworem jest "Ssswing" Łukasza Seligi aka SLG. Wizytówką Trapez są jednak długie, pędzące w noc lokomotywy, jak np. "Tin Soldier" duetu Red Robin & Jakob Hilden, czy "Share Your Body" Rolanda M Dill. Dla tych, którzy narzekają, że to mało subtelne i skromne muzycznie, polecam utwór "Interafrica" Mihalisa Safrasa, który swoim pięknym przestrzennym klimatem, delikatnie wplecionymi żywymi instrumentami i uwodzącą motoryką będzie, mam nadzieję, ładnym sposobem na pożegnanie się z serią label showcase. Mam nadzieję, że momenty były.

Broda

24 września 2008

WINYLOWA KUCHNIA WUJKA BRODY - LABEL SHOWCASE III

Aloha, dziś będzie prawdziwe techno. Koniec pierdolenia.

Na początek M_nus, wytwórnia-legenda, założona przez samego Plastikmana - Richiego Hawtina. M_nus nie przebiera w środkach i wydaje tylko mocny, ciężki, monochromatyczny minimal i techno. Grono artystów skupionych wokół tej wytwórni tworzy zgrany zespół i muzyczną rodzinę. Nic więc dziwnego, że M_nus często bywa oskarżany o elitaryzm i zadzieranie nosa. Nikt jednak nie zaprzecza, że po dziesięciu latach label ten wciąż szokuje bezkompromisowością podejścia i poszerza granice muzyki tanecznej. Do posłuchania na próbę daję wam kawałek z nowej płyty Heartthrob (o pięknym tytule "Dear Painter, Paint Me") - "Futures Past", klasyczny utwór Plastikmana - "Panikattack" w remiksie Guido Schneidera, ciężki i duszny "Off Print" Gaisera, oraz nakręcony jak spirala "GRVL" Troya Pierce'a.

Highgrade, label Toma Clarka, nie wybiega tak daleko w awangardę jak M_nus, ale eksploruje tereny bardziej melodyczne, pozostając jednak w rejonie niezwykle hipnotycznej muzyki o widocznym zacięciu do dziwnych, elektronicznych dźwięków i barokowych, ornamentalnych kompozycji. W utworach spod znaku Highgrade panuje niespotykana, egzotyczna atmosfera, jest dużo przestrzeni, dubów i wysmakowanych akcentów. Posłuchajcie sami. Mam dla was tajemniczy utwór "Kabuki" Asema Shamy, w remiksie Pan-Pot, kraut-rockowy pociąg "Baccara" Schneidera i Galluzziego, deep-housowy, bujający "Anic" Svena Brede, oraz kosmiczny "7 eleven" duetu Todd Bodine & Daniel.fx.

Great Stuff, dla równowagi, opuszcza "wyżyny" elektroniki i schodzi na ziemię, serwując zdrowy, mięsisty, tech-house, okraszony często komercyjnymi akcentami, ale niezawodny parkietowo i zawsze mocno osadzony rytmicznie w koleinach techno. Zróżnicowanie gatunkowe jakie tu panuje to często przykrywka - w muzyce wydawanej przez Great Stuff panuje po prostu pazerny hedonizm, zacięcie do imprezowania do rana i klubowa blaza, choć wszystko jest tu wzięte w odpowiedni nawias. Dla przykładu, "Boogie Nights" Tomcrafta w remiksie Lutzenkirchen to pokiereszowane techno-disco, z tandetnymi syntezatorami, electro-housowymi przejściami i mocnym bitem, "Orbital Dance Machine" to kolejny parkietowy stwór z perfidnymi przejściami, o estetyce extasy, "You're Mine", oryginalnie Pressure Drop, tu w remiksie Kabale Und Liebe, spuszcza z tonu, pojawia się ładny (trochę nostalgiczny nawet) wokal i bas daje bardziej żyć, choć motoryka pozostaje podobna; zaś w "City of Gods" Namito gęsty od instrumentów perkusyjnych wstęp, który ciągnie się do czwartej minuty pęka, żeby wpuścić kręcący motyw, potem hi-haty, mały break i jedziemy dalej...

Cocoon prowadzi Sven Vath. Ta informacja powinna wystarczyć wielu osobom. Waga naturalnie więc jest superciężka, co dodatkowo jeszcze pogarsza zła sława okrywająca Svena jako dj-a... Słychać to z pewnością w przytłaczającym nieco "Freche Fruchte" Dominika Eulberga. Ale w katalogu Cocoon znajdziemy też lżejsze perełki, jak choćby orientalny, wijący się jak w tytułowym tańcu brzucha "Belly Dancing" Guya Gerbera. Cocoon wydaje, lub wydawało, mnóstwo gwiazd, więc nic dziwnego, że zaplątał się tu i Tiefschwarz, choćby w utworze "Liquid Cherries", który choć oszczędny, daje do pieca i ciekawie flirtuje zarówno z minimalem, jak i starszym electro. W Cocoon wydaje się też nasz rodzimy luksusowy towar eksportowy - Jacek Sienkiewicz - tutaj z bardziej stonowanym, rozmarzonym i melancholijnym "Good Night". I tym miłym rodzimym akcentem was pozdrawiam,

Broda

BONUS

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

18 września 2008

WINYLOWA KUCHNIA WUJKA BRODY - LABEL SHOWCASE II

W drugiej edycji przeglądu ciekawych i ważnych wytwórni na scenie porządnej technicznej muzyki przyjrzymy się kolejnym czterem gorącym stajniom, które osiągnęły już kultowy status.

Zaczynamy od szwajcarsko-berlińskiej Cadenza Records, której szefem jest Luciano (Mixmag obwołał go dj'em roku 2007). W katalogu ma takich tuzów jak Ricardo Villalobos, Loco Dice czy Rhadoo. Stylistycznie Cadenza wierna jest minimalnemu, rozedrganemu brzmieniu, które wypracowała sobie na samym starcie, choć konsekwentnie unika głebin i mroków, które pogrzebały już niejednego producenta. Zawdzięcza to pewnie latyno-amerykańskim inklinacjom swojego szefa, jak i konsekwentnemu doborowi artystów, którzy nie boją się kolorów w swojej muzyce. W ramach zapoznania proponuję konsumpcję "Floppy" Alexa Picone, prostego, ale skutecznego utworu o pogodnej melodyce, intrygującym rytmie i miłej motoryce, dalej "Honolulu" Digitaline, 17-minutowy epicki, ale zarazem plażowy utwór, ocierający się o glitch i micro-house; napięcie pozostałe po nim można rozładować "Albertino" autorstwa duetu Guido Schneider & Andre Galluzzi - możliwe, że to największy parkietowy hit w historii tej wytwórni, na koniec zaś przedstawiam wam próbkę tzw. "liquid techno" - "Letters" Reboot, kolejnego, tym razem 10-minutowego monstrum, gdzie jest wszystko co dobre w Cadenza - silna, przekonująca rytmika o bogatej fakturze, ciekawe rozwiązania melodyczne i intrygujące sample (zaśpiewy zza światów, heh).

Moon Harbour Matthiasa Tanzmanna, label z Leipzig, idzie o krok dalej niż Cadenza, proponując również ciekawy rytmicznie minimal, ale z bardziej deep-house'owym zacięciem i ze zdecydowanie mocniejszym, funkowym basem. Prezentację zacznę od "Break New Soil" Gregora Treshera, który eksploruje właśnie ten region gdzieś pomiędzy minimalnym techno, a deep-house'ową melodyką: w utworze tym wszystko pika i cyka prowadzone, jak za rękę, przez potężny, bujający bas; w "Suki Zuki" Luna City Express z kolei mamy zatrzęsienie sampli; gwar ludzi, flecik i saksofon (dialogi między nimi są świetne!) które sprawiają, że utwór wprowadza bardzo ciepłą atmosferę; "Crazy Circus" to kompozycja szefa - Matthiasa Tanzmanna - w remiksie Guido Schneidera (patrz Cadenza!), która pokazuje bardziej taneczną stronę wytwórni, choć zza ściany instrumentów perkusyjnych przezierają czasem intrygujące sample i fragmenty jakichś dziwnych pejzaży muzycznych; na deser zostawiam nowo-zelandzką produkcję Szymona Kwiata :) (Simon Flower) pt. "Send In The Clowns", która jest z kolei przykładem jakiegoś space-funku na sterydach po kwasie - dosyć surrealistyczny, acidowy utwór łączący bardzo różne stylistyki i trzymający je razem w ryzach silnego i gęsto nabudowanego bitu.

Poker Flat to jedna ze starszych (1998) i bardziej zasłużonych wytwórni na polu ciekawego tech-house'u i okolic. Label Steve'a Buga wydawał już takie gwiazdy jak Josh Wink, Trentemoller, Märtini Brös. czy Phonique. Co ciekawe, Bug dba o to, żeby poszerzać horyzonty i nie trzymać się uparcie tych samych formuł, co widać w dosyć dużej progresji jaka miała miejsce w ciągu ostatnich lat w szeregach Poker Flat. Wpływy sięgają od Jeffa Millsa i Axis, po Chicago house, acid i niemieckie dubowe techno. Ja skoncentruję się na bardziej przystępnych, tanecznych i bezpretensjonalnie kręcących numerach. Zaczynamy od "Organic" duetu Guido Schneider (trzeci raz dziś!) & Florian Schirmacher, którzy skutecznie bujają za sprawą chwytliwego wiodącego pasażu i świetnie rozmieszczonych przeszkadzajek, choć w stonowanym przejściu można skutecznie odlecieć w inny wymiar; dalej mamy zacnego Jeffa Samuela i "Relapse", który, na podobny do "Organic" sposób buja, ale operuje w zdecydowanie mniej radosnych rejestrach - bluesowych, rzekłbym nawet - to bardzo ładny, przestrzenny utwór pokazujący to, co najlepsze w tym co przyszło nam określać tech-house, zwróćcie uwagę na świetne organy w szóstej minucie!; "Let Me Dance" Martina Landsky, w remiksie Sebo K, to już klasyczny deep-house'owy parkietowy wymiatacz, o niezwykle zaraźliwym rytmie, oraz bardzo tanecznym pianinku i organkach; skończymy przy "Loverboy" samego Steve'a Buga, który oprócz świetnego pianina (znów!) i krągłego basu bryluje znamiennie kwaśnym motywem w stylu starego Detroit, tyle że okraszonego wokalem, który wprowadza lekko dekadencką atmosferę.

Oslo to najmłodszy label z dzisiejszej prezentacji: ma zaledwie roczek, ale już dorobił się wielkiego hitu, wylansował gwiazdę i nadaje ton scenie z pogranicza techno i house. Dla Oslo produkują, często pod innymi pseudonimami, takie tuzy jak Miss Fitz czy Guillaume & The Coutu Dumonts. Jak to określił Johnny D, numer jeden w Oslo, chodzi im o to, by muzyka dobrze bujała głową i ciałem, tak jak to robiła kiedyś na Woodstock... To jest z pewnością jedyna rzecz jakiej nie można odmówić Oslo - ich utwory często mimowolnie pobudzają czynności motoryczne, o jakich wcześniej mogliście nie zdawać sobie sprawy. Zazwyczaj długie, rozciągnięte kompozycje potrzebują czasu, ale jak się rozpędzą, przejeżdżają każdy parkiet, co dj'e na całym świecie szybko odkryli za sprawą "Orbitalife" Johnny'ego D, który był wielkim hitem wakacji. House podany w sosie techno, oszczędny, choć wyrazisty, z mruczącym gdzieś w tle wokalem i potężnym basem okazał się być wybuchową mieszanką i zawirował światkiem muzycznym. Ale na Johnny'm D, choć ma na koncie też taką perełkę jak "Manipulation", katalog Oslo się nie kończy. Znajdziemy tu jeszcze Christiana Burkhardta z "Kreiskollaps" (tu w remiksie szefa Oslo - Federico Molinariego) - kolejnym bezkompromisowym techno-bujaczu, oraz zjawiskowe The Per Eckbo Orchestra z "Beat Bravo", w którym bardziej stonowane, stłumione dźwięki wprowadzają leniwą, ciepłą i przyjemną atmosferę. W zimnym Oslo.

Broda

13 września 2008

WINYLOWA KUCHNIA WUJKA BRODY - LABEL SHOWCASE I

W dobie beatportu, torrenta i cedeków wiele osób wątpi w tradycyjną instytucję labela - wytwórni, która trzyma w ryzach artystów, promuje ich i trzyma zwarty stylistycznie katalog z którego fani mogą kupować w ciemno. Na przekór wszystkiemu jednak, labele wciąż mają silną pozycję - zarówno wśród dj-ów jak i słuchaczy. Żeby nie być gołosłownym, moją apologię małych wytwórni ilustruję przeglądem tych, które mnie szczególnie ujęły i, mam nadzieję, ujmować będą. I już nikt nie powie za Bursą, że ma w dupie małe wytwórnie!

Zaczynam od Audiomatique, założonej przez Steve'a Buga. Katalog ma mały, ale wysmakowany: wydają tu naprawdę cenieni producenci, m.in. Trentemoller, Robert Babicz czy Martinez. Muzycznym kluczem do Audiomatique jest dosyć bezkompromisowa mieszanka tech-house'u i techno, o często metalicznym, głębokim i "zautomatyzowanym" brzmieniu. Jako przedsmak tego brzmienia proponuję elegancki i powściągliwy utwór Eyerera i Hinza - "Shanghai Style", napędzający jak lokomotywa, motoryczny "Kansas City Shuffle" Martineza , techniczny i elektrowy remiks Trentemollera utworu "Coincidance" Mathiasa Shaffhausera, oraz głęboki, kołyszący i nastrojowy "Spiral Boogie" Roberta Babicza.

Cecille, macierzysta wytwórnia SIS, Markusa Fixa i Andomatu 3000, to młody label Nicka Curly i Marca Scholl. Choć mają na koncie tylko kilka winyli, nie wydali nigdy niczego poniżej poziomu regularnej doskonałości. Prezentują eksperymentalny tech-house, często zainfekowany world-music, żywymi instrumentami, jazzem, muzyką afrykańską oraz tradycyjnym techno - a wszystko to pod jednym dachem w Mannheim. Na próbkę prezentuję Andomat 3000, który czerpie garściami z funku, jazzu i etno, tutaj w hipnotyzującym "Vertical Smile" o rewelacyjnie poprowadzonej linii melodycznej; dalej Grek Lemos ze bardziej stonowanym, matowym "Who Do You Believe In"; Sercan w pełnym dziwnych sampli, odrobinę niepokojącym "Claro Claro", oraz rewelacyjny SIS, z opartym o damskie wokalizy, deep-house'owym hymnem "Orgsa".

Get Physical Music to chyba najbardziej znana i komercyjna wytwórnia jaką dziś prezentuję. Statek-matka Booka Shade i M.A.N.D.Y., w katalogu ma też Fuckpony, Noze, Junior Boys, Lopazz, czy Samima. Jej siłą jest jednak różnorodność - mieszają się tu melodyjny house, IDM, minimal, czy też bardziej awangardowe nagrania. Obok weteranów i gwiazd są też bezkompromisowi undergroundowi producenci. W moim zestawieniu, mimo że to tylko cztery utwory, i tak obskoczymy kilka stylów: "Amon" Jony to mocne techno, z motoryką i siłą podobną do starego Detroit, ale z europejskimi smaczkami, "No Kinda Man" Junior Boys potraktowany przez Chloe to głęboka i basowa wycieczka w głąb siebie, "Little Bug" Noze z kolei łączy w sobie kabaret, muzykę cygańską, wschodnio-europejską swadę (pijacką też) i minimal!, "Midnight Monkeys" Tiger Stripes zaś to typowy przykład tech-house'owego parkietowego wymiatacza, jakimi Get Physical wyrobił sobie markę.

Opossum to najbardziej minimalna, wyspecjalizowana i najcięższa wytwórnia z dzisiejszego wyboru. Wydają tylko na winylu, tylko single i tylko w jednym stylu - pompującym, przebasowanym, kręcącym tyłkiem minimalem. Moritz Piske, Broombeck i Format: B to największe gwiazdy, ale w tym wąskim środowisku mocnych, wyrównanych produkcji ten termin przestaje mieć sens. Duży dystans do siebie, widoczny w grafice, tytułach i podejściu pokazuje, że można dziś jeszcze robić muzykę bez oglądania się na świat komercji, w przyjacielskim gronie i z bezpretensjonalnym jajem. "Rabbit Hunt" Format: B to typowy minimalny dewastator parkietowych tyłków z tej stajni, "Scatfunk" Moritza Piske to zabawny flirt minimalu ze scatem (kto pamięta Scatman Johna?), "Slipless in Seattle", też Moritza, ale w remiksie Matta Stara kontynuje zabawy z wokalizami (i tytułami...), ale w jeszcze bardziej technicznym stylu, zaś "Toshimi" Pablo Reza (też wokalny, ale jak!) dalej eksploruje znak markowy Opossum - bogatą, choć bardzo parkietową rytmikę i inteligentną produkcję.

Czekajcie na kolejne części Label Showcase!

Broda