16 października 2008

SSZAFY: REINVENTIONS



Jeśli się nie ma telewizora, mecze czyta się Z Czuba. Tam czasem wprawdzie nie widać dryblingów Błaszczykowskiego, ale po meczu ze Słowacją pocieszam się, że to dobrze, kiedy piłkarska prawda w oczy nie kole. A czego nie zobaczysz w telewizorze, tego nie ma. Można się tam za to dowiedzieć, że Słowacy wynaleźli spadochron. Prawa do wynalazku roszczą sobie także Chińczycy. Gdzie kłócą się narody, Japończyk korzysta:



O Shugo Tokumaru i jego nowej płycie Exit mówiłem co nieco w ostatnich Strzałach, ale eter unika. A co w internecie stoi, jest znacznie bardziej.
Pal licho spadochrony, zobaczcie, jak w teledysku do Button Shugo redefiniuje piękno:



Shugo Tokumaru - Button
Shugo Tokumaru - Future Umbrella
Shugo Tokumaru - Wedding

strfckr
P.S. Gdyby nie Czesi, Japończycy nie wynaleźliby żadnego robota.

15 października 2008

KIEV




Jutro wyruszamy na wschodnioeuropejską przygodę. Zabieramy jajka na twardo i termosy bo czeka nas dłuuuuga podróż pociągiem. Na miejscu zagramy w klubie Xlib, gdzie zaprosiły nas kozaki z Zhiguli. Miejscówka nie byle jaka, bo w przyszłym miesiącu będą tam gościć m.in. Sweat.X, Juiceboxxx czy Tim Sweeney. Także się jaramy.

STRZAŁY ZNIKĄD 15/10/2008 ANI ANI



Brian Wilson - Our Prayer Gee
Animal Collective - College
Panda Bear - Take Pills
El Guincho - Antillas
Bird Show - Tracers
High Places - The Tree With The Lights In It
Seefeel - Climatic Phase #3
Animal Collective - Everyone Whistling
Yacht - So Post All 'Em
Rafter - ZZZPenchant
Shugo Tokumaru - Parachute
Animal Collective - We Tigers
Yacht - If Music Could Cure All That Ails You
Women - Lawncare
Women - Black Rice
Shugo Tokumaru - Button
Shugo Tokumaru - Young Folks (Petrer, Bjorn & John cover)
Animal Collective - On A Plain (kawior Nirvany)
Au - All My Friends
Au - Are Animals
Liars - Be Quiet, Mt. Heart Attack!
Animal Collective - Mouth Wooed Her
Deerhunter - Green Jacket
Deerhunter - Activa
Megapuss - Surfing
Animal Collective & Vashti Bunyan - It's You
Animal Collective - Banshee Beat

cały program do ściągnięcia tu

strfckr

Słuchaj w noce wtorkawo-środawe od 2:00 w Trójce

13 października 2008

ZWIERZĘCOŚĆ



Relacja z warszawskiego koncertu Animal Collective, na którym byliśmy. Minivideomigotka z - pod wami.

Było super, tak? Że ludzie, że kolorowe światełka, że pisku dużo. Może nie taki total, jak na Malcie, ale tam z pewnością efekt pierwszego żywego kontaktu odegrał niebagatelną rolę. A my tu ponarzekamy. Taka nasza polska natura.
Rzecz będzie też o tym, jak odbierana jest muzyka, na ile ważna jest ona sama, a ile znaczy otoczka, aura wokół niej.
Supportu - Axolotlu nie widzieliśmy. Żałujemy, ale plenerowe wino też było smaczne. W Fabryce Czciny na dobry wieczór tradycyjny już dla niej kwas – quasikulturalni ochroniarze w ślicznych garniturach, a wiadomo, że nie szata; ale też pozytywne zaskoczenie – wyjątkowe tłumy i wyjątkowo luźna atmosfera. Może aż za luźna.
Popularność, bycie modnym, w przypadku Animal Collective umówmy się na „niszową masowość”, niesie za sobą przypadkowość i niezrozumienie ze strony cześci publiczności. Ja nazwałbym to chamstwem, ale kolega Tomaszewski zwrócił mi słusznie uwagę, że każdy przeżywa muzykę tak, jak potrafi.
Mimo wszystko dziwi mnie to, że ludziom zdaje się, że Animal Collective to taki dziwniejszy rrrrrrrrrrrock. Scott Walker, The Orb, Vashti Bunyan, dub i dubstep to najważniejsze znane mi inspiracje zespołu. Słyszycie rrrocka? Tak, są jeszcze Beach Boysi, ale w tym wypadku chodzi o harmonie, nie o rrrrrrockowy harmider.
Tymczasem – napiszę truizm, ale jak się okazało, nie dla każdego taki true – Animal Collective, zwłaszcza w wydaniu koncertowym, bliżej jest do Underworld niż do Arctic Monkeys. Niektórym chyba coś się poplątało z nazwami, pamiętali, że coś tam zwierzęcego, ale myśleli, że gra Włochaty. I odpierdalali pogo.
Spoceni studenci, sapiący samcy, czy zdajecie sobie sprawę, że muzykę, którą podziwialiśmy w niedzielę równie dobrze moglibyście usłyszeć na niejednym festiwalu muzyki elektronicznej z gramofonów jakiegoś anonimowego didżeja? I że ta sama muzyka, wyzuta z otoczki ambitnego indie, włożona w kontekst klubowy, byłaby dla was ohydnym techno niegodnym fana Prawdziwej Muzyki? Że występy Animal Collective to leśny rejw - szamańskie, psychodeliczne live acty, a nie juwenalia? Ich ideą jest trans, w który trudno wpaść, kiedy co chwila ktoś wpada na nas z impetem. Albo z łokciem.
Z tego względu najgorsze momenty tego koncertu to te, kiedy zespół grał swoje największe hity ze „Strawberry Jam”, a dzielnie nam pogujący wpadali w ekstazę i pogowali jeszcze wytrwalej, bo słyszeli ten kawałek, co leciał niedawno w Trójce.
Ja wiem, że mógłbym sobie odejść gdzieś dalej od sceny, ale mam taki fetysz, że lubię, kiedy na koncercie dźwięk mnie fizycznie przenika.
Mimo tłoku, pogo, ścisku, potu, strasznie mnie cieszy tak dobra frekwencja na jednym z moich ulubionych zespołów, takie tłumy na polskim koncercie z muzyką tak naprawdę w Polsce nieznaną. Tylko w kwestii kultury muzycznej mamy jeszcze sporo do nadrobienia.


(mówiliśmy, że mini)

Sylwia i Piotr

12 października 2008

WINYLOWA KUCHNIA WUJKA BRODY

Po serii prezentacji wytwórni wracam do formuły prezentacji konkretnych płyt i perełek, które na nich można znaleźć. Dziś będzie zdecydowanie różnorodnie, więc odtrutka na nudę gwarantowana.

Zaczynamy od Ryana Crossona i jego nowej EP-ki dla Wagon Repair (słynącej nie tylko ze swoich okładek). Ryan jest z samego Detroit i mówi to już trochę o jego muzyce. Po wydawnictwach dla M_nus czy Trapez raczej określił się jednoznacznie w minimalnym nurcie, choć, jak słychać to na tej płycie, nie unika obcych wpływów i nie jest purystą jakich w stolicy techno nie brakuje. Tytułowa "Confiteria Del Molino" zaczyna się od nawarstwiających się, modulowanych wokali, mocnego basu i elektrostatycznych drobiazgów w tle. Po trzech minutach jednak pojawia się zaskakujący temat na trąbkę, który fantastycznie buduje napięcie i nadaje przyjemnego pędu całemu utworowi. Już rozpędzony, okazuje się on być prawdziwą torpedą, choć - jak silniki typu diesel - nie osiąga zawrotnej prędkości, ale dysponuje naprawdę dużą mocą. W naszym przypadku - wielu tancerzy mechanicznych.

"Casamance" to, dosłownie, płyta jednego utworu. Pierwotnie white label, okazała się być prawdziwym strzałem w dziesiątkę i popisowym hitem Lauhaus - miłego Holendra, połówki duetu Polder. Utwór ten prezentuje to, co w gatunku tech-house najlepsze. Repetycyjność i elegancka dramaturgia rzeczywiście potrafią zakręcić w głowie, ale wszelkie kanty mechaniczne łagodzą świetnie dobrane sample - gitara wchodząca w słodką interakcję z pianinkiem, czy też w dalszej części utworu - głos (prosty i skuteczny!) oraz zupełnie niespodziewane, długie solo na kwaśnym Rolandzie, które wije się gdzieś niepostrzeżenie w tle i wwierca przyjemnie do głowy. W swoim gatunku absolutne mistrzostwo i już od jakiegoś czasu parkietowy wymiatacz.

Kreon & Lemos to zacny duet z Grecji, która ostatnio jest elektronicznie-klubowo bardzo płodna. "Lyly's Here" w remiksie Anthony'ego Collinsa (z francuskiej Freak n Chic) to druga strona płyty z remiksami "Lookooshere". To chyba najbardziej emocjonalny i dojrzały utwór dzisiejszego wyboru. Bałkańska perkusja podszyta mocnym bitem to znak rozpoznawczy i największa siła Collinsa, ale muzycznie wiele pozostaje z oryginału - smutne, ale piękne pasaże syntezatorowe, rytmiczne akordy na fortepianie i ujmujący klarnet, który prowadzi nas za rękę po drugiej połowie utworu, pełnej przestrzeni i wszelakich dubowych smaczków. Jeśli ktoś oskarża muzykę klubową o bezduszność, lub twierdzi, że brakuje tam autentyzmu muzycznego, niech posłucha tego utworu, bo jest dobry zarówno do tańca nóg jak i umysłu.

Schodząc nieco na ziemię, proponuję posłuchać obiecującego debiutu Chrisa Gowlanda, aka GOW. Debiut to dosyć mocny, bo dla respektowanego Trapezu. EP-ka "Jiffy Hornswoggle" nie tylko z tytułu jest nietypowa. Oba kawałki są silnie stechnicyzowane, mocno osadzone w trapezowej stylistyce, ale wyróżniają się oryginalnością materiałów źródłowych. W "Nipperkin Noodle" mamy całą plejadę niespotykanych dźwięków o nieodgadnionej proweniencji: ciągle coś świszczy, zawodzi, bzyczy i trzeszczy - takiej plejady niesztampowych przeszkadzajek dawno nie słyszałem! Całość trzyma się na dodatek świetnie razem i tworzy rozedrganą tkankę, która zaczyna po jakimś czasie żyć swoim własnym elektryczno-owadzim życiem. Doskonała produkcja, niepowielanie klisz i przymrużenie oka to znowu atuty Trapeza i, mam nadzieję, przyszłych utworów Chrisa. Polecam zwłaszcza na słuchawkach.

Pozdrawiam

Broda